
Działania prezydenta wokół polityki klimatycznej UE bardziej przypominają kampanijny slogan niż realną próbę rozwiązania problemów energetycznych Polski
Karol Nawrocki chce referendum dotyczącego polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Problem polega jednak na tym, że pytanie referendalne zostało skonstruowane bardziej jak wpis na Facebooku niż narzędzie demokracji bezpośredniej. Trudno mówić o uczciwej debacie, gdy obywatel dostaje pytanie sugerujące gotową odpowiedź: „Czy jest pan/pani za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. Szczególnie starsze pokolenia powinny być wyczulone na tego typu sformułowania rodem z czasów, w których wybory wygrywała tylko jedna partia…
Przeczytaj też: Karol Nawrocki podpisał ustawę sieciową. Co to znaczy?
To klasyczny przykład politycznego framingu. W pytaniu nie ma miejsca na niuanse, realne znaczenie transformacji energetycznej, koszty uzależnienia od paliw kopalnych czy fakt, że wysokie ceny energii w Polsce wynikają przede wszystkim z wieloletniego uzależnienia od węgla i braku inwestycji w nowoczesny system energetyczny. Wszystko zostaje sprowadzone do prostego przekazu: „to Zielony Ład jest winny”. Tyle że rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. Wyjaśniamy to na łamach green-news.pl od początku działania portalu.
Działania prezydenta wokół polityki klimatycznej UE bardziej przypominają kampanijny slogan niż realną próbę rozwiązania problemów energetycznych Polski
Najbardziej kuriozalne jest jednak to, że referendum ma dotyczyć polityki, którą Polska współtworzyła jako członek Unii Europejskiej. To nie jest zewnętrzny „dyktat Brukseli”, tylko efekt negocjacji, w których uczestniczyły również kolejne polskie rządy. Eksperci zwracają uwagę, że Polska nie jest biernym odbiorcą regulacji klimatycznych, bo ogromne znaczenie ma sposób ich wdrażania na poziomie krajowym.
Przeczytaj też: Boom na centra danych będzie miał swoje koszty
W praktyce referendum wygląda więc bardziej jak próba politycznej mobilizacji wokół antyunijnych emocji niż realna rozmowa o przyszłości energetyki. Zwłaszcza że nie padają żadne odpowiedzi na podstawowe pytania: skąd Polska ma brać tanią energię za 10–15 lat? Jak chce utrzymać konkurencyjność przemysłu bez inwestycji w OZE, magazyny energii czy atom? I co stanie się z polską gospodarką, jeśli Europa przyspieszy transformację, a my zostaniemy technologicznie w tyle?
Cała narracja wokół referendum jest też wygodnym sposobem na unikanie odpowiedzialności za lata zaniedbań. Łatwo straszyć ETS-em i Zielonym Ładem, trudniej przyznać, że Polska przez dekady praktycznie przespała rozwój energetyki odnawialnej, sieci przesyłowych czy magazynowania energii. Dziś rachunek za te decyzje wystawiany jest obywatelom, ale winowajcą nie jest wyłącznie Bruksela.
Przeczytaj też: ETS po unijnym szczycie
Co więcej, takie referendum może jeszcze bardziej spolaryzować debatę publiczną wokół klimatu. Zamiast rozmawiać o tym, jak przeprowadzić transformację możliwie tanio i sprawiedliwie społecznie, politycy znowu sprowadzają temat do prostego „za albo przeciw”. A przecież pytanie nie brzmi już dziś, czy transformacja energetyczna nastąpi, tylko kto na niej zarobi i kto zostanie w tyle. Samo stygmatyzowanie neutralnych ideologicznie technologii budzi moje spore obawy o motywację stojącą za działaniami prezydenta.