Nowy elektryczny Ford Transit City pokazuje, jak bardzo europejska elektromobilność ściśle kooperuje dziś z Chinami
Ford Pro, czyli użytkowa część koncernu zaprezentował zaskakującą nowość. Nowy elektryczny Ford Transit City to samochód zaprojektowany typowo do logistyki miejskiej i transportu ostatniej mili. Auto ma baterię litowo-jonową na ogniwach LFP (litowo-żelazowo-fosforanowe) o pojemności 56 kWh, zasięg do ok. 254 km, ładowność do 1,27 tony i przestrzeń ładunkową mieszczącą trzy europalety. Producent od razu zaznacza, że samochód może ładować się od 10 do 80 proc. w około 33 minuty, a jego konstrukcja została uproszczona, aby maksymalnie obniżyć cenę zakupu i koszty eksploatacji – to pojazd projektowany nie jako technologiczna wizytówka, ale jako narzędzie pracy dla firm kurierskich, serwisowych i komunalnych. Dlatego mamy tu napęd na przód i zaledwie (zdawać by się mogło) 67 kW mocy ładowania DC, nie ma pompy ciepła. Cenę auta poznamy w kwietniu br., natomiast dostawy zapowiedziano na koniec 2026 roku.
Przeczytaj też: Kia PV5 to dostawczak, który przyciąga spojrzenia
Auto jest interesujące, ale chyba najciekawszy w tym modelu jest jednak wątek geopolityczny. Transit City został opracowany wspólnie z chińskim partnerem Jiangling Motors Corporation (JMC) i będzie produkowany w Chinach. Ford zdecydował się na baterie LFP, które są tańsze i bardziej trwałe, ale których łańcuch dostaw jest dziś w dużej mierze kontrolowany przez chińskie firmy. To pokazuje szerszy trend – nawet europejscy i amerykańscy producenci samochodów, chcąc oferować tańsze samochody elektryczne, wchodzą w partnerstwa technologiczne i produkcyjne z Chinami, bo tam znajdują się baterie, komponenty i moce produkcyjne. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że historia współpracy między tymi firmami jest znacznie dłuższa niż ten jeden projekt. Początek współpracy to 1997 rok. Z drugiej strony, europejskie fabryki stają się przyczółkiem dla chińskich marek – opisywałam kazus zakładów Magna w Austrii.

Przeczytaj też: Melex dla logistyki miejskiej
Transit City dobrze pokazuje, w którą stronę idzie rynek elektromobilności w Europie. Nie wygrywa już ten, kto ma najbardziej zaawansowaną technologię, ale ten, kto potrafi produkować wystarczająco tanio. Dlatego kolejne elektryczne samochody dostawcze powstają z myślą o obniżeniu kosztów, a nie maksymalizacji zasięgu. Wreszcie zaczęto patrzeć na to czego potrzebują miasta i firmy tam operujące. Fetysz zasięgu i szybkiego ładowania ustępują miejsca rozsądkowi i ekonomii. Czy to zwiastun, że wchodzimy w dojrzałą relację z elektrykami?
Zdj. mat. prasowe Ford