Partnerzy strategiczni
Orlen
Wyspa Estyjska na Zalewie Wiślanym. Przyrodniczy sukces czy kosztowny eksperyment?

Pojechałam zobaczyć ją z daleka Nissanem Ariya Nismo. Nie da się wejść na wyspę, nie można jej zwiedzać ani potraktować jak kolejnej atrakcji turystycznej. I właśnie o to chodzi

Wyspa Estyjska powstała na Zalewie Wiślanym podczas budowy przekopu Mierzei Wiślanej jako element kompensacji przyrodniczej. Miała stworzyć nowe miejsce lęgowe dla ptaków i częściowo zrekompensować ingerencję w środowisko związaną z inwestycją hydrotechniczną.

Dziś jest jednym z najciekawszych przykładów tego, jak trudno odpowiedzieć na pozornie proste pytanie: czy człowiek może odtworzyć przyrodę, tworząc nowe siedlisko, jeśli jednocześnie zmienia istniejący ekosystem?

Co warto o niej wiedzieć na początek? Ma eliptyczny kształy, powierzchnię ponad 180 ha i prawie 5 km obwodu.

Film z podsumowania inwestycji przygotowany przez wykonawcę zostawiam na końcu tekstu.

Wyspa, na którą nie można wejść

Choć sama budowa przekopu Mierzei Wiślanej od początku budziła kontrowersje, mnie zainteresował przede wszystkim mniej znany element całej inwestycji – sztuczna wyspa usypana z materiału wydobytego podczas prac.

Nie powstała po to, by przyciągać turystów. Wręcz przeciwnie. Jest zamknięta dla ludzi i została zaprojektowana jako bezpieczna ostoja dla ptaków.

Przeczytaj też: Czerwcowa fala upałów zebrała śmiertelne żniwo

Brak ruchu turystycznego, psów, kotów i większości drapieżników lądowych sprawia, że gatunki gniazdujące na ziemi mają tu znacznie spokojniejsze warunki niż na wielu naturalnych plażach czy wyspach.

Ptaki zagłosowały pierwsze

Najmocniejszym argumentem zwolenników projektu jest to, że ptaki bardzo szybko zaakceptowały nowe siedlisko.

Monitoring prowadzony przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska pokazuje, że wyspa została zasiedlona przez liczne gatunki ptaków kolonijnych. Odnotowano m.in.:

  • około 1500 par śmieszki,
  • do 180 par rybitwy rzecznej,
  • stanowiska sieweczki obrożnej,
  • rybitwę białoczelną.

Zdaniem GIOŚ sztuczne wyspy mogą pełnić ważną rolę w ochronie gatunków, które tracą naturalne miejsca lęgowe wskutek zabudowy brzegów, presji turystycznej czy zmian środowiskowych.

Podobne rozwiązania nie są zresztą polskim pomysłem. Często przywoływany jest holenderski projekt Marker Wadden, gdzie sztuczny archipelag również stał się nowym siedliskiem dla ptaków wodnych.

Ale przyroda to nie tylko ptaki

Tu zaczyna się druga strona dyskusji.

Krytycy projektu zwracają uwagę, że sukces jednej grupy organizmów nie oznacza jeszcze sukcesu całego ekosystemu.

Przed usypaniem wyspy ten fragment Zalewu Wiślanego był środowiskiem wodnym. Funkcjonowały tu ryby, bezkręgowce, roślinność zanurzona i organizmy żyjące na dnie. Powstanie sztucznego lądu oznaczało trwałe przekształcenie części akwenu oraz zmianę lokalnych warunków hydrologicznych.

Przeczytaj też: Uważaj na dezinformację na temat wiatraków na Bałtyku

Największe obawy dotyczą utraty płytkich siedlisk, które są miejscem żerowania i rozrodu wielu gatunków ryb. Prace hydrotechniczne mogły również wpływać na przejrzystość wody, ilość zawiesiny oraz lokalne warunki tlenowe.

Nie oznacza to jednak, że wszystkie negatywne scenariusze zostały już potwierdzone. Część z nich wynika z doświadczeń podobnych inwestycji i wymaga wieloletnich badań.

Kompensacja przyrodnicza – czy to działa?

Spór o Wyspę Estyjską jest w rzeczywistości dyskusją o tym, czym jest kompensacja przyrodnicza.

Jej zwolennicy przekonują, że w świecie silnie przekształconym przez człowieka nie zawsze można zachować wszystkie naturalne siedliska. Tworzenie nowych może więc ograniczać straty i pomagać zagrożonym gatunkom.

Przeciwnicy odpowiadają, że przyroda nie jest zbiorem pojedynczych elementów. Nie wystarczy stworzyć miejsca dla ptaków, aby odtworzyć cały ekosystem. Równie ważne pozostają organizmy niewidoczne z powierzchni – ryby, bezkręgowce, rośliny i mikroorganizmy.

Przeczytaj też: Tony martwych ryb w Pilichowicach

Dlatego Wyspa Estyjska może być jednocześnie sukcesem i kosztem. Sukcesem dla ptaków, które zyskały nowe miejsce lęgowe, ale potencjalną stratą dla części organizmów związanych z dawnym dnem Zalewu Wiślanego.

Pięć zasad ochrony Wyspy Estyjskiej

To, że nie można swobodnie odwiedzać wyspy, nie jest przypadkiem. Jej wartość polega właśnie na ograniczeniu obecności człowieka.

Najważniejsze zasady ochrony są proste:

  1. Wyspa nie jest udostępniona do celów turystycznych.
  2. Nie wolno płoszyć ptaków ani zakłócać okresu lęgowego.
  3. Zwierzęta domowe nie powinny mieć dostępu do wyspy.
  4. Nie wolno ingerować w strukturę siedliska ani zabierać elementów przyrodniczych.
  5. Ruch jednostek pływających w bezpośrednim sąsiedztwie może podlegać ograniczeniom wynikającym z ochrony ptaków i przepisów administracji morskiej.

Bilans poznamy dopiero za kilka lat

Dziś można już powiedzieć jedno: Wyspa Estyjska spełniła jeden z głównych celów, dla których została utworzona. Stała się ważnym miejscem lęgowym dla wielu gatunków ptaków.

To jednak dopiero część odpowiedzi.

Pełna ocena projektu będzie możliwa dopiero po latach badań obejmujących nie tylko ptaki, ale również ryby, organizmy denne, roślinność wodną i jakość wody. Dopiero wtedy będzie można odpowiedzieć, czy sztuczna wyspa stała się trwałym elementem stabilnego ekosystemu Zalewu Wiślanego.

Patrząc z brzegu trudno jednoznacznie ocenić ten projekt. Sama idea stworzenia bezpiecznej enklawy dla ptaków wydaje mi się wartościowa, zwłaszcza że presja człowieka na naturalne siedliska stale rośnie. Jednocześnie trudno zapominać, że każda ingerencja w środowisko niesie konsekwencje, których nie zawsze da się przewidzieć od razu. Być może właśnie dlatego Wyspa Estyjska jest dziś jednym z najciekawszych eksperymentów przyrodniczych w Polsce – i jednym z tych, których prawdziwy wynik poznamy dopiero za kilkanaście lat.

Nissan Ariya Nismo na wycieczkę

Trzeba przyznać, że Nissan Ariya nie miał szczęścia do momentu swojego debiutu. Na rynek trafił w czasie pandemii, kiedy świat motoryzacji funkcjonował na zwolnionych obrotach, a premiery nowych modeli schodziły na dalszy plan. Nie opatrzył się, wciąż przyciąga spojrzenia. Być może dlatego, że na polskich drogach nadal należy do rzadkości.

Porównując go do dziesiątek testowanych w ciągu roku modeli mogę powiedzieć jedno – to po prostu bardzo dobry samochód. Łatwy w prowadzeniu, przewidywalny, przestronny i wygodny. Co ciekawe, nawet w najmocniejszej odmianie Nismo nie sprawia wrażenia narowistego czy wymagającego. Moc jest tu ogromna, ale oddawana w sposób niezwykle płynny i kulturalny.

Ariya Nismo jest obecnie najbardziej sportową wersją elektrycznego crossovera Nissana oferowaną w Polsce. Bazuje na modelu z napędem e-4ORCE i akumulatorem o pojemności użytkowej 87 kWh, ale inżynierowie z działu Nismo nie ograniczyli się do zwiększenia mocy. Zmieniono charakterystykę napędu, zestrojono zawieszenie, przeprogramowano układ kierowniczy i dopracowano aerodynamikę.

Przeczytaj też: Nissan Leaf znowu zwycięża

Efekt? Dwa silniki elektryczne rozwijają łącznie 435 KM i 600 Nm momentu obrotowego, dzięki czemu sprint od 0 do 100 km/h zajmuje zaledwie 5 sekund. Mimo takich osiągów samochód nie prowokuje do agresywnej jazdy. Wręcz przeciwnie – daje poczucie pewności i stabilności. To bardziej szybki gran turismo niż elektryczny sportowiec, który na każdym kroku próbuje udowodnić swoją wyższość.

Producent deklaruje zasięg do około 450 kilometrów według normy WLTP. Moje osiągi z trasy to zasięg nieco ponad 340 km. Im więcej tras mieszanych i miasta tym zasięg będzie większy. Akumulator można ładować prądem przemiennym z mocą do 22 kW oraz na szybkich ładowarkach DC z mocą do 130 kW. Cena? Niewiele poniżej 290 tys. zł. Co ciekawe, różnica względem bogato wyposażonej wersji Evolve+ jest stosunkowo niewielka, dlatego osoby rozważające zakup Ariya mogą potraktować Nismo jako ciekawą alternatywę, jeśli zależy im na bardziej dynamicznym charakterze samochodu.

Jak Ariya Nismo sprawdziła się w podróży?

Do Zalewu Wiślanego wybraliśmy się w czworo dorosłych. Dla dwóch osób była to pierwsza tak długa podróż samochodem elektrycznym, więc wszystko – od ciszy podczas jazdy po planowanie ładowania – było nowym doświadczeniem.

Najczęściej powtarzały się trzy komentarze. Po pierwsze – cisza. Nawet przy wyższych prędkościach we wnętrzu panuje spokój, który szybko przestaje się zauważać, ale trudno się z nim później rozstać. Po drugie – komfort zawieszenia. Ariya bardzo dobrze tłumi nierówności, a jednocześnie nie sprawia wrażenia zbyt miękkiej. Po trzecie – sposób, w jaki rozwija moc. 435 KM brzmi imponująco, ale samochód przyspiesza niezwykle płynnie i przewidywalnie. Nie ma efektu gwałtownego „wystrzału”, który potrafi zaskoczyć w niektórych mocnych elektrykach.

Po drodze zjechaliśmy również na kilka nieutwardzonych, polnych dróg. Napęd e-4ORCE i wysoki prześwit sprawiły, że Ariya poradziła sobie z nimi bez najmniejszych problemów. Oczywiście nie jest to samochód terenowy, ale na takie wycieczkowe odcinki nadaje się bardzo dobrze.

Dużym atutem okazała się przestronność kabiny. Z tyłu bez problemu podróżowały dwie dorosłe osoby, które nie narzekały ani na ilość miejsca na nogi, ani na wygodę kanapy. Płaska podłoga sprawia, że wnętrze wydaje się jeszcze bardziej przestronne, a pasażerowie nie muszą walczyć o miejsce na stopy. Bagażnik bez trudu pomieścił nasze rzeczy, a starczyłoby miejsca i na kilkudniowy wyjazd.

To, co zwraca uwagę już po zajęciu miejsca za kierownicą, to dbałość o detale. Całkowicie płaska podłoga z przodu i z tyłu daje poczucie przestrzeni, a grube, mięsiste dywaniki oraz starannie wykończone wnętrze sprawiają, że samochód bardziej przypomina klasę premium niż typowego rodzinnego SUV-a.

Najbardziej zaskakująca była jednak sytuacja podczas postoju na obiad. Do samochodu podeszli turyści z Czech, których Ariya Nismo wyraźnie zaciekawiła. Jeden z nich od razu opowiedział, że sam jeździ elektrykiem, ale takiej wersji Nissana nie widział jeszcze nawet u siebie. To pokazuje, że mimo kilku lat obecności na rynku Ariya wciąż pozostaje samochodem nietuzinkowym i rzadko spotykanym, który skutecznie przyciąga uwagę.

Metryczka

Segment: D-SUV (crossover)

Napęd: elektryczny (AWD, e-4ORCE)

Bateria: 87 kWh netto

Moc: 435 KM (320 kW)

Ładowanie: AC 22 kW, DC 130 kW

Zasięg: ok. 410–420 km WLTP

0–100 km/h: 5,0 s

Czas ładowania: 20–80 proc. w ok. 30 min

Moje zużycie (test, wersja NISMO)

Miasto: ~19–22 kWh / 100 km

Mix: ~22–25 kWh / 100 km

Trasa: ~26–30 kWh / 100 km

Cennik

Od ok. 290 tys. zł

Film o Wyspie Estyjskiej

Zdj. AR i Nissan Europe, Google Maps

Nasza strona używa plików cookies. Więcej informacji znajdziesz na stronie polityka cookies