Partnerzy strategiczni
Orlen
Chwila prawdy dla europejskiej polityki klimatycznej. W piątek Bruksela pokaże największą od lat reformę ETS

W piątek 17 lipca Komisja Europejska przedstawi projekt kompleksowej rewizji unijnego systemu handlu emisjami – dokument, o który Polska zabiegała od miesięcy i który zdecyduje o cenach prądu, kondycji przemysłu energochłonnego i tempie transformacji energetycznej na następną dekadę. Tego samego dnia Bruksela ogłosi plan elektryfikacji europejskiej gospodarki

Przez ponad 20 lat Unia Europejska redukowała emisje w sprzyjających warunkach. Teraz warunki się skończyły – przyszła za to wojna, drogi prąd i zalew chińskiego eksportu.

Punktem zwrotnym był szczyt Rady Europejskiej w październiku 2025 r. Polski rząd uzyskał wówczas zapis o rewizji ETS2 – nowego systemu opłat klimatycznych dla transportu i budynków, który miał wejść w życie w 2027 r. Jak ujął to Donald Tusk, szczyt „uchylił automatyzm" wejścia mechanizmu w życie, przy kluczowej współpracy z tradycyjnie proklimatycznymi krajami nordyckimi i bałtyckimi. W efekcie start ETS2 przesunięto na nie wcześniej niż 2028 rok, a równolegle UE zatwierdziła cel klimatyczny na 2040 r. – redukcję emisji o 90 proc., z możliwością „zbilansowania" do 5 pkt proc. zielonymi inwestycjami poza Unią oraz opcją rewizji mechanizmu, gdyby ceny energii zaczęły poważnie zagrażać gospodarce.

Przeczytaj też: Więcej magazynów niż atomu w Europie

Wiosną klimat polityczny wokół EU ETS jeszcze się ochłodził. W lutym kanclerz Niemiec Friedrich Merz stwierdził, że system powinien zostać zrewidowany lub przynajmniej odłożony, jeśli nie spełnia swojej roli – po tych słowach ceny uprawnień spadły w okolice sześciomiesięcznego minimum. Polska tymczasem budowała koalicję: w czerwcu 12 państw podpisało list wzywający m.in. do wzmocnienia Funduszu Modernizacyjnego po 2030 r., zwiększenia skali finansowania i większej swobody państw w wyborze wspieranych technologii niskoemisyjnych. Na czerwcowym szczycie UE przywódcy jednomyślnie przyjęli wnioski zobowiązujące Komisję m.in. w kwestii darmowych uprawnień do emisji dla przemysłu.

Ale front nie jest jednostronny. Na kilka dni przed publikacją projektu siedem państw UE zażądało od Komisji utrzymania obecnych zasad ETS, a nawet ich zaostrzenia. Piątek będzie więc początkiem, a nie końcem batalii.

O co chodzi w całym ETS

Zasada jest prosta: zanieczyszczasz – płacisz. EU ETS (Emissions Trading System) działa od 2005 r. Unia ustala łączny limit („cap") emisji CO₂ dla objętych systemem sektorów, a następnie dzieli go na uprawnienia – jedno uprawnienie to prawo do wyemitowania jednej tony CO₂. Firmy kupują uprawnienia (po jednym na każdą tonę emisji) i mogą nimi handlować; ponieważ pula z roku na rok maleje, uprawnienia drożeją – i ten sygnał cenowy motywuje do redukcji emisji.

Kogo obejmuje? Obecny system (nazywany dziś ETS1) dotyczy największych emitentów: elektrowni, przemysłu, lotnictwa i transportu morskiego – i działa nie tylko w UE, ale też w Norwegii, Islandii i Liechtensteinie, a od 2020 r. jest powiązany z systemem szwajcarskim.

Czy to działa? Z punktu widzenia klimatu – tak: emisje w sektorach objętych ETS1 spadły do 2024 r. o połowę w porównaniu z 2005 r., a system jest uznawany za fundament unijnej polityki klimatycznej. Problem w tym, że ten sukces ma ogromną cenę: rosnące koszty uprawnień coraz mocniej obciążają przemysł konkurujący globalnie z producentami, którzy za emisje nie płacą wcale.

Co ma się znaleźć w piątkowym projekcie

Z przecieków i dokumentów roboczych wyłania się kilka głównych osi reformy.

Wolniejsze kurczenie się puli uprawnień. Chodzi o pulę uprawnień do emisji CO₂, czyli łączną liczbę ton dwutlenku węgla, jaką w danym roku mogą legalnie wyemitować wszystkie objęte systemem elektrownie i zakłady przemysłowe – każda firma musi na koniec roku rozliczyć się z uprawnień odpowiadających jej rzeczywistym emisjom. Ta pula z roku na rok maleje, a tempo wyznacza tzw. liniowy współczynnik redukcji (LRF) – serce całego systemu. Obecne przepisy przewidują redukcję o 4,3 proc. rocznie w latach 2024–2027 i 4,4 proc. od 2028 r., co prowadziłoby do całkowitego wyczerpania puli około 2040 r. – szybciej, niż przemysł jest technologicznie w stanie zejść z emisjami do zera. Dlatego bardzo prawdopodobna jest propozycja obniżenia tempa spadku po 2030 r.

Więcej darmowych uprawnień dla przemysłu. Według ustaleń RMF FM projekt zmierza w kierunku, o który zabiegała Polska: więcej darmowych uprawnień dla przemysłu, wolniejsze tempo ograniczania emisji i utrzymanie Funduszu Modernizacyjnego po 2030 r. Największe wątpliwości dotyczą jednak warunków przyznawania dodatkowych bezpłatnych uprawnień – czy będą one bezwarunkową tarczą przed konkurencją spoza UE, czy nagrodą za inwestycje dekarbonizacyjne.

Nowe pieniądze na transformację. KE zapowiedziała stworzenie instrumentu „ETS Booster" – 400 mln uprawnień z rezerw o szacowanej wartości 30 mld euro, z częściową kopertą zarezerwowaną dla państw uboższych. Bruksela podejmie też kolejną próbę „wyrwania" krajowym ministrom finansów części przychodów z aukcji i przekierowania ich na inwestycje dekarbonizacyjne – w szczególnym kontekście, bo równolegle w negocjacjach budżetu UE na lata 2028–2034 KE zaproponowała scentralizowanie 30 proc. przychodów z aukcji ETS1 jako nowego unijnego środka własnego.

ETS2 raczej bez zmian – na razie. Formalny zakres lipcowej rewizji dotyczy przede wszystkim ETS1; Komisja raczej nie będzie chciała otwierać puszki Pandory i pozostawi wejście w życie ETS2 bez zmian. Polityczne tło jest jednak burzliwe – w samej KE pojawiają się głosy, że ETS2 może w ogóle nie wejść w życie w 2028 r., bo projekt nie ma poparcia politycznego, a obecnie dystansują się od niego nawet Zieloni.

Plan elektryfikacji. Druga noga piątkowego pakietu to odpowiedź na fakt, że elektryfikacja w UE od dekady tkwi na poziomie ok. 23 proc. końcowego zużycia energii, podczas gdy ponad połowa energii Unii wciąż pochodzi z importowanych paliw kopalnych. Z 34-stronicowego projektu, do którego dotarł Euronews, wynika, że Komisja zaproponuje prawnie umocowany cel elektryfikacji na 2040 r., wsparcie dla pomp ciepła (m.in. niższy VAT i reformę zamówień publicznych), przyspieszenie wdrożenia aut elektrycznych oraz rozbudowę infrastruktury ładowania. Oczekiwane są też zachęty do stopniowego wyrównania opodatkowania prądu i gazu – dziś podatki i opłaty na energię elektryczną są w UE średnio mniej więcej dwukrotnie wyższe niż na gaz.

Dwa obozy, jedna reforma

Piątkowa propozycja trafi na stół, przy którym siedzą dwa coraz wyraźniej zarysowane obozy. Pierwszy to zmontowana przez Polskę koalicja 12 państw – obok Warszawy głównie kraje Europy Środkowej i Południa – która domaga się sprzężenia ETS z polityką przemysłową: więcej darmowych uprawnień, wolniejsze tempo redukcji, silniejszy Fundusz Modernizacyjny i większa swoboda w wyborze wspieranych technologii. Drugi obóz to siedem państw – z grubsza klimatyczna awangarda Północy i Zachodu – które na kilka dni przed publikacją projektu zażądały od Komisji utrzymania obecnych zasad, a nawet ich zaostrzenia, argumentując, że rozmontowanie sygnału cenowego CO₂ podważy wiarygodność całej unijnej polityki klimatycznej i zniechęci inwestorów, którzy już wyłożyli miliardy na dekarbonizację.

Komisja próbuje ustawić się pomiędzy: na tyle poluzować system, by udobruchać obóz rewizjonistów, i na tyle go nie naruszyć, by nie stracić obozu ambitnych. Stąd konstrukcja projektu przypominająca – jak ujął to cytowany przez RMF FM polski dyplomata – pudełko czekoladek: obok smacznych propozycji znajdą się elementy, które poszczególne stolice będą chciały wyrzucić w toku negocjacji.

A te potrwają. Po piątku projekt wchodzi w zwykłą procedurę ustawodawczą: swoje stanowisko wypracuje Rada UE (gdzie decyduje większość kwalifikowana, więc żaden z obozów nie przeforsuje niczego samodzielnie) i Parlament Europejski, a finałem będą trójstronne negocjacje z Komisją. Kalendarz gra tu rolę nie mniejszą niż argumenty: reforma musi zostać uzgodniona na tyle szybko, by rynek znał reguły gry po 2030 r., a państwa – wysokość wpływów z aukcji, zanim domkną negocjacje budżetu UE na lata 2028–2034. To oznacza, że najgorętsza faza sporu przypadnie na przełom 2026 i 2027 r., a każdy z obozów będzie licytował ustępstwa w ETS pozycjami z równoległych stołów: budżetowego, celu 2040 i losów ETS2.

Co to oznacza dla Polski

Stawka dla Warszawy jest wyjątkowo wysoka z trzech powodów. Po pierwsze chodzi o ceny energii. Polska wciąż zużywa najwięcej węgla i ma najbardziej emisyjny miks energetyczny w UE, więc koszt uprawnień CO₂ w cenie prądu jest u nas odczuwalny jak nigdzie indziej. Każda decyzja spowalniająca wzrost cen uprawnień (wolniejszy LRF, luźniejsza rezerwa MSR) przekłada się wprost na rachunki firm i – pośrednio – gospodarstw domowych. Można się spodziewać, że samo ogłoszenie nowych planów przez Komisję Europejską wywoła spadek cen uprawnień do emisji.

Po drugie – Fundusz Modernizacyjny. Polska otrzymuje aż 34 proc. środków z tego funduszu, który wspiera OZE, modernizację sieci, magazyny energii i elektromobilność; dotychczas zatwierdzono programy o łącznej wartości 53,5 mld zł. Bez niego sfinansowanie gigantycznych projektów, takich jak modernizacja sieci dystrybucyjnych czy transformacja ciepłownictwa, byłoby dla polskiego budżetu ogromnym obciążeniem. Dobrą wiadomością dla Warszawy jest plan utrzymania funduszu po 2030 roku – ale diabeł tkwi w skali finansowania i warunkach dostępu.

Po trzecie – ETS2 i koszty społeczne. Choć piątkowy projekt formalnie go nie dotyczy, los systemu obejmującego paliwa i ogrzewanie pozostaje dla Polski kwestią politycznie pierwszorzędną: w pierwotnym kształcie ETS2 przełożyłby się na wyższe ceny paliw, gazu i węgla, a podwyżki najbardziej dotknęłyby rodziny o niskich i średnich dochodach.

Co to oznacza dla polskiego biznesu

Dla przemysłu energochłonnego – hut, cementowni, chemii, papierni – przegląd systemu ETS to być albo nie być. Przyjęta kilka tygodni temu rewizja benchmarków na lata 2026–2030 zaostrzyła przydziały darmowych uprawnień: sektory takie jak stalowy czy papierniczy dostały ponad 30 proc. mniej niż w latach 2021–2025. Energochłonne przedsiębiorstwa muszą przeprowadzić kosztowną dekarbonizację, konkurując jednocześnie z producentami spoza UE, którzy kosztów polityki klimatycznej nie ponoszą. Jeśli KE poluzuje zasady darmowej alokacji i benchmarki rezerwowe, będzie to realna ulga; jeśli obwaruje je twardymi warunkami inwestycyjnymi, część firm może jej nie udźwignąć.

Dla energetyki i OZE kluczowy będzie plan elektryfikacji i sygnał cenowy CO₂. Branża wiatrowa ostrzega zresztą przed nadmiernym rozmontowaniem systemu – WindEurope wzywa Komisję do utrzymania jasnego i przewidywalnego sygnału cenowego oraz przekierowania przychodów z ETS (ok. 43 mld euro w samym 2025 r., z czego tylko ok. 5 proc. trafia dziś na dekarbonizację przemysłu) na projekty elektryfikacyjne.

Przeczytaj też: Bałtyk pracuje dla polskiej gospodarki. Pierwszy prąd z Baltic Power

Dla sektorów dotkniętych redukcją pośrednio, takich jak rolnictwo czy logistyka, liczy się efekt kaskadowy: droższa energia oznacza wyższe koszty produkcji nawozów, suszenia zbóż, chłodnictwa, przetwórstwa, transportu i magazynowania żywności. Reforma ma dać biznesową przewidywalność. Dziś nikt rozsądny nie podpisze 15-letniego biznesplanu opartego na cenie CO₂, której widełki polityczne sięgają od „zawieszenia systemu" po trzycyfrowe kursy uprawnień.

Foto: Wopke Hoekstra, unijny komisarz do spraw klimatu, ds. klimatu, zeroemisyjności netto i czystego wzrostu, EC - Audiovisual Service, 2023

KATEGORIA
TRANSFORMACJA
UDOSTĘPNIJ TEN ARTYKUŁ

Nasza strona używa plików cookies. Więcej informacji znajdziesz na stronie polityka cookies