
Awantura o ETS w Polsce wygląda jak kampania wyborcza, ale w rzeczywistości toczy się gra o coś znacznie poważniejszego: kształt systemu, który bezpośrednio wpływa na ceny energii i konkurencyjność gospodarki. Gdy krajowa polityka skupia się na sporze, w Brukseli właśnie otwiera się moment, w którym można ten system realnie zmienić
Ostatnich dniach przez posiedzeniem Rady Europejskiej (19-20 marca) krajowa debata o systemie EU ETS przybrała format i przekaz, który łatwo pomylić z regularną kampanią wyborczą. Spór między prezydentem Karolem Nawrockim a premierem Donaldem Tuskiem stał się głośny, personalny i medialnie nośny. Ale jeśli przyjrzeć się temu, co obie strony faktycznie mówią, to widać dużo wspólnych wątków.
Bo jeśli odsunąć na bok retorykę, obie strony mówią w gruncie rzeczy to samo: unijny system handlu uprawnieniami CO2, czyli ETS, wymaga zmiany.
Tymczasem w Brukseli otwiera się jedno z rzadszych okien politycznych, w których taka zmiana jest w ogóle możliwa.
List prezydenta Nawrockiego, w którym pojawił się postulat odejścia od ETS lub jego głębokiej reformy, oraz odpowiedź premiera, wskazująca na ograniczenia prawne wyjścia z systemu, budują obraz ostrego starcia. W rzeczywistości jednak obie narracje spotykają się w jednym punkcie: ETS w obecnym kształcie jest dla polskiej gospodarki kosztowny i wymaga korekty.
To ważne rozróżnienie. Zgłaszany przez prawicę postulat likwidacji systemu funkcjonuje wyłącznie w kraju, ale nie ma znaczenia na poziomie unijnym. W Brukseli rozmawia się wyłącznie o reformie. I ta rozmowa zaczyna się teraz.
Marcowa Rada Europejska formalnie koncentruje się na konkurencyjności i bezpieczeństwie, szczególnie w kontekście konfliktu w Zatoce Perskiej. Polityka klimatyczna, ani sam system handlu uprawnieniami do emisji, nie są wpisane do agendy. Mimo to temat ETS pojawia się wprost w komunikacji Komisji Europejskiej. Ursula von der Leyen zaproponowała w swoim stanowisku zmiany w rezerwie stabilności rynkowej, czyli mechanizmie, który bezpośrednio wpływa na podaż uprawnień i ich cenę. To element techniczny, ale o fundamentalnym znaczeniu dla naszych rachunków za energię. To także obszar, co do którego w UE istnieje relatywnie szeroki konsensus polityczny.
Premier Donald Tusk zapowiedział, że kwestia cen energii będzie jednym z głównych tematów rozmów przywódców. W tym kontekście ETS został nazwany wprost czynnikiem, który w istotny sposób podwyższa ceny prądu w Polsce.
Zakres możliwych zmian jest jednak ograniczony. Interesy państw członkowskich są mocno rozbieżne. Część krajów korzysta na systemie, ponieważ bilans przydzielonych i kupowanych uprawnień jest dla nich dodatni. Inne, w tym Polska i Włochy, znajdują się po stronie netto kupujących. To przekłada się bezpośrednio na konkurencyjność przemysłu i ceny energii.
Dlatego, co warto podkreślić, likwidacja ETS nie jest dziś brana na arenie UE pod uwagę jako scenariusz negocjacyjny. Realistyczna agenda obejmuje trzy obszary: stabilizację cen poprzez korektę MSR, ograniczenie kosztów dla przemysłu energochłonnego, utrzymanie mechanizmów ochronnych powiązanych z CBAM (Carbon Border Adjustment Mechanism, czyli mechanizm dostosowania cen dóbr importowanych z uwzględnieniem kosztów CO2).
Jak podkreślają przedstawiciele branży energetycznej, kluczowe jest przywrócenie przewidywalności systemu i ograniczenie jego krótkoterminowej zmienności, która utrudnia planowanie inwestycji. To stanowisko jest spójne z postulatami zgłaszanymi przez Polski Komitet Energii Elektrycznej i sektor wytwórczy. Wśród propozycji pojawiających się w debacie, na które powołuje się także PKEE, jest m.in. wyłączenie z systemu ETS jednostek stabilizujących system energetyczny, pracujących do 1500 godzin rocznie, co miałoby ograniczyć koszty przy jednoczesnym zachowaniu bezpieczeństwa systemu.
W krajowej dyskusji niemal nieobecny jest drugi element równania: przychody z ETS. Polska ma otrzymać z systemu do 2032 roku około 300 mld zł. To środki, które wbrew krajowej praktyce przejadania i finansowania dziury budżetowej, powinny wspierać transformację energetyczną, modernizację systemu i inwestycje w nowe moce. Rezygnacja z ETS oznaczałaby nie tylko zmianę modelu regulacyjnego, ale także utratę tego strumienia finansowania.
To jeden z powodów, dla których nawet najbardziej krytyczne wobec systemu państwa koncentrują się na jego reformie, a nie demontażu.
Polska nie działa w próżni. Wraz z grupą państw określaną jako „Friends of Industry” buduje blok, który postuluje korektę systemu w kierunku większej stabilności i przewidywalności. W skład tej grupy wchodzą m.in. Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania czyli kraje generujące większość unijnego PKB.
To zmienia dynamikę negocjacji. Po raz pierwszy od lat presja na reformę ETS ma charakter systemowy, a nie jest koncertem pobożnych życzeń.
Dodatkowo działa kontekst geopolityczny. Wzrost napięć międzynarodowych i rosnące znaczenie bezpieczeństwa energetycznego przesuwają akcenty w debacie. Koszty transformacji przestają być abstrakcyjną kategorią klimatyczną, a stają się elementem realnej konkurencyjności gospodarek.
Najważniejsze decyzje nie zapadną jednak teraz. Komisja Europejska ma przedstawić w III kwartale, a konkretnie w lipcu 2026 r. propozycję zmian, które zdefiniują rolę ETS w realizacji celu klimatycznego na 2040 rok. To będzie moment rozstrzygający, choć już dziś wiadomo, że kraje członkowskie jak prawdopodobnie nigdy wcześniej oczekują łagodzenia rygorów. Obecne posiedzenie Rady Europejskiej będzie ustawianiem politycznych ram dla tej propozycji.
Polska ma realną zdolność wpływu na ten proces. Dysponuje argumentami, koalicją i sprzyjającym momentem politycznym. Warunek jest jeden: musi wejść do tej gry z precyzyjnie zdefiniowaną agendą i wygląda na to, że tym razem się to udaje, na co wskazuje np. komunikacja prowadzona przez PKEE. Warto przy tym pamiętać, że polska propozycja w Brukseli musi mieścić się w logice unijnych negocjacji, a nie być echem krajowych sporów.
Foto: siedziba Rady Europejskiej, Bruksela. Copyright: European Union